TADEUSZ NADOLSKI (Express Bydgoski)

W wieku 18 lat przeniósł się z Grudziądza do Bydgoszczy. W naszym cyklu wywiadów z byłymi koszykarzami Astorii rozmawiamy z Krzysztofem Liberackim, m.in. srebrnym medalistą MP juniorów.

 

Tadeusz Nadolski: Zapewne wzrostem wyróżniał się Pan wśród rówieśników już od najmłodszych lat. Stąd wziął się pomysł na koszykówkę?

Krzysztof Liberacki: Urodziłem się w Grudziądzu. Mam jakieś zdjęcia z przedszkola i już wówczas przerastałem kolegów o głowę. Rodzice nie imponowali wzrostem, być może te warunki fizyczne odziedziczyłem pod dziadku. Już w szkole podstawowej lubiłem sport, ale zaczynałem od piłki ręcznej. W naszej placówce klub Stomil miał swoją sekcję i jeden z trenerów mnie wypatrzył. Muszę przyznać, że dość długo mnie namawiał. W końcu zacząłem chodzić na zajęcia szczypiorniaka i równolegle na koszykówkę. W pewnym momencie trener powiedział, że muszę się na coś zdecydować, bo były problemy z krokami, bo w obu tych dyscyplinach w tym elemencie jest dokładnie odwrotnie. Ostatecznie zdecydowałem się na basket - także w Stomilu - choć dość późno, bo dopiero w ósmej klasie w wieku piętnastu lat. Od tego momentu rozpocząłem regularne treningi trzy razy w tygodniu. Zaczęły się pierwsze obozy, udział w rozgrywkach regionalnych. Pamiętam, że jak przyjeżdżaliśmy do Bydgoszczy, to dostawaliśmy srogie baty, przegrywaliśmy po pięćdziesiąt, sześćdziesiąt punktów. W tym momencie jeszcze nie zakładałem, że koszykówkę zajmę się w sposób bardziej profesjonalny. Traktowałem to raczej jako zabawę. Choć robiłem szybkie postępy, radziłem sobie coraz lepiej, zdobywałem sporo punktów i wkrótce zacząłem trenować z pierwszym zespołem Stomilu, który występował wówczas w trzeciej lidze. Umiejętności nie miałem jeszcze wielkich, ale miałem wzrost i determinację.

W jakich okolicznościach trafił Pan do Astorii Bydgoszcz?

W 1987 roku dostałem telefon od Zbigniewa Słabęckiego, który wówczas był kierownikiem sekcji, że chciałby się ze mną spotkać. Tego samego dnia przyjechali do mnie działacze z AZS Toruń i Wybrzeża Gdańsk, też zainteresowani moją osobą. Doszło do dość śmiesznej sytuacji, bo jedni siedzieli w jednym pokoju, a drudzy - w drugim. W tym czasie kończyłem szkołę zawodową, a rodzice optowali za Trójmiastem. Poszedłem za ich radą i w pierwszej wersji wybrałem Gdańsk. Zdawałem nawet egzaminy do technikum, ale w sierpniu po pierwszych zajęciach nie bardzo mi się tam podobało i utwierdziłem się, żeby jednak wybrać Bydgoszcz. Bo już wówczas marzył mi się medal na mistrzostwach Polski, a Astoria miała bardzo dobrą drużynę juniorów. Ostatecznie pojechałem do Bydgoszczy i od razu wziąłem udział w pierwszym obozie w Łabiszynie. Tak na marginesie było z tym trochę problemów, bo okręgowy związek koszykówki w Toruniu (w tamtych latach były w regionie trzy województwa - bydgoskie, toruńskie i włocławskie - dop. T.N.) nie wyraził na to zgody i ukarał mnie roczną dyskwalifikacją. W tej sytuacji od sierpnia 1987 r. do stycznia 1988 r. trenowałem z chłopakami w drużynie Ryszarda Mogiełki, ale nie mogłem uczestniczyć w rozgrywkach. Szybko też do pierwszego zespołu wziął mnie Maciej Mackiewicz. Wówczas w klubie była świetna atmosfera, fajni ludzie, dobrze się tu czułem. Koledzy mnie zaakceptowali, przyjęli mnie jak swojego. A wracając jeszcze do mojego zawieszenia. Trochę walczyliśmy z Polskim Związkiem Koszykówki, pisaliśmy odwołania i - jak już wspomniałem - w styczniu 1988 roku tę karę mi darowano. W tej sytuacji mogłem już wystąpić na mistrzostwach Polski.

Ten turniej w Lublinie okazał się waszym dużym sukcesem.

Zdobyliśmy srebrny medal, choć czuliśmy trochę niedosyt, bo... gospodarzom pomagały nawet ściany, a także... sędziowie. Ostatecznie finał przegraliśmy dziewięcioma punktami. Tu jeszcze jedna ciekawostka. Po meczu trener Mogiełka powiedział mi, że zostałem królem strzelców. Ostatecznie w trochę niejasnych dla mnie okolicznościach okazało się, że jednym punktem jakoś dziwnie wyprzedził mnie Piotr Karolak z... Lublina. Był to pamiętny turniej także dlatego, że razem z Grzegorzem Skibą dostałem powołanie na obóz kadry - młodzieżowej i seniorów. Było to niezapomniane przeżycie, bo na parkiecie spotykałem się z wszystkimi wówczas najlepszymi zawodnikami w kraju, takimi jak choćby Eugeniusz Kijewski.

Kolejny sezon przyniósł awans, pierwszy w historii klubu, do I ligi (obecnie ekstraklasa - dop. T.N.).

W pierwszym meczu w II lidze sezonu 1988/1989 zagrałem śladowo. W drugim, bodaj z Obrą Kościan, za bardzo nam nie szło i w pewnym momencie trener Mackiewicz, wpuścił mnie na parkiet. Zdobyłem 14 punktów, spotkanie wygraliśmy. I od tego momentu ze spotkania na spotkanie punktów przybywało. Drużyna spisywała się świetnie i okazała się najlepsza w II lidze. Wygraliśmy tym, że tworzyliśmy prawdziwy zespół, gdy któremuś coś nie wyszło, nie było pretensji, jeden drugiemu pomagał.

Na najwyższym szczeblu - bez wzmocnień - nie udało się wiele osiągnąć.

Wygraliśmy tylko trzy mecze, widać było, że poziom I ligi był dużo wyższy, ale dla nas była to wspaniała nauka i doświadczenie.

Indywidualnie mógł Pan być jednak bardzo zadowolony, bo ze średnią 16,5 punktu okazał się Pan najlepszym strzelcem zespołu.

No jakoś tak poszło. Najwięcej - 29 punktów - osiągnąłem w przegranym co prawda meczu z Legią w Warszawie. Tak na marginesie, to po powrocie ze stolicy do Bydgoszczy wylądowałem w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu. W trakcie spotkania dostałem od któregoś z rywali łokciem w szczękę i nasz masażysta, Zenon Szordykowski, musiał mi ją przestawić, żeby wskoczyła na swoje miejsce. To było na samym początku tego meczu. Może dlatego okazał się najlepszy, że za dużo z niego nie pamiętałem (śmiech). Reasumując, to ten sezon dał każdemu z nas taki zastrzyk doświadczenia, poweru, żeby dalej grać i wierzyć w swoje siły.

W kolejnym sezonie, już jako Astoria Weltinex, drużyna po barażach z AZS Toruń ponownie awansowała na najwyższy szczebel. Pana indywidualne osiągnięcia były już dużo gorsze.

W połowie sezonu doszło do zmiany trenera. Duet Aureliusz Gościniak - Maciej Mackiewicz został zastąpiony przez Romana Habera. Nie ukrywam, że nowy szkoleniowiec mocno stawiał na tych zawodników, którzy przyszli do klubu z zewnątrz. Pozostali, miejscowi, byli tylko dodatkiem. Ja akurat byłem w tej grupie, która widocznie mu nie bardzo pasowała, dostawałem dużo mniej minut.

Po awansie był Pan w składzie, ale już praktycznie nie grał.

Do klubu ściągnięto kolejnych nowych graczy, bydgoszczanie grali ogony. Tak więc się stało, że zdecydowałem się zawiesić w Bydgoszczy buty na kołki. Trochę jeszcze trenowałem, a w końcu dałem sobie spokój. Na następne dwa sezony byłem wypożyczony do Grudziądza i tam grałem w III lidze w Stomilu. Oczywiście z tego nie można było wyżyć. Podjąłem normalną pracę w sklepie „Panasonika” jako sprzedawca. Z grania nie było rzecz jasna żadnych pieniędzy.

Wilka ciągnęło jednak do lasu. W 1994 roku wrócił Pan do Astorii.

„Asta”, prowadzona przez Jerzego Nowakowskiego, występowała w II lidze (dziś I - dop. T.N.). Tego sezonu już nie dograłem do końca, bo w tamtym czasie w Bydgoszczy płacono bardzo mało. W lutym 1995 roku podjąłem decyzję, że muszę poszukać sobie źródła utrzymania, tym bardziej, że miałem rodzinę i urodził mi się syn. Znalazłem sobie zatrudnienie, notabene zarabiałem więcej niż w klubie. Nie mogłem oczywiście normalnie trenować w takim wymiarze jak inni i pan Nowakowski nie zgodził się na taki układ. Tak więc w wieku 26 lat to był koniec mojej przygody na poważnie z koszykówką.

Nie czuje Pan, że mógł w baskecie osiągnąć więcej. Miał Pan na pewno „papiery” na granie na wyższym poziomie?

Zawsze powtarzam, że urodziłem się o jakieś dziesięć lat za szybko. W sporcie oprócz talentu i pracy, trzeba mieć też trochę szczęścia. Mi w drugiej połowie kariery chyba tego trochę zabrakło. Dziś są zupełnie inne warunki. Już na poziomie I ligi można nieźle zarabiać, o ekstraklasie nie wspominając. Generalnie jednak niczego nie żałuję. W jakiś sposób czuję się spełniony, bardzo doceniam to, że wywalczyłem medal mistrzostw Polski juniorów.

Koledzy i kibice nazywali Pana Libero i Baśka. To pierwsze zapewne od nazwiska. A skąd się wzięła Baśka.

Na wspomnianym już przeze mnie pierwszym obozie w Łabiszynie słuchaliśmy głównie radia. Któregoś wieczoru na antenie puszczono piosenkę. Robiliśmy sobie takie konkursy, kto jest wykonawcą. A ja na to, bo byłem dość dobrze zorientowany, że to Basia Trzetrzelewska. Chłopacy zrobili wielkie oczy, bo nie bardzo wiedzieli, kto to jest. I tak już zostało.

Co obecnie porabia Krzysztof Liberacki?

Od czterech lat z rodziną mieszkam w Gdańsku. Jestem przedstawicielem handlowym. Sport w różnych postaciach uprawiam rekreacyjnie.

Dziękuję za rozmowę.



Teczka Osobowa

Urodzony 9 stycznia 1969 roku w Grudziądzu. Wzrost 201 cm, pozycja na boisku: silny skrzydłowy, center. Pseudonimy: Libero, Baśka.

Wychowanek Stomilu Grudziądz. Koszykarz Astorii od sezonu 1987/1988. W 1988 roku z zespołem prowadzonym przez Ryszarda Mogiełkę zdobył w Lublinie srebrny medal mistrzostw Polski juniorów (został drugim strzelcem turnieju). W sezonie 1988/1989 wspólnie z kolegami wywalczył awans do I ligi (obecnie ekstraklasa). Trenerami byli Maciej Mackiewicz i Hilary Gierszewski. W sezonie 1989/1990 w I lidze był najlepszym strzelcem bydgoskiej ekipy (śr. 16,5 pkt), która wygrała tylko trzy mecze i spadła do I ligi. Kolejny awans wywalczył w sezonie 1990/1991 (trenerzy najpierw Aureliusz Gościniak i Maciej Mackiewicz, potem nieżyjący już Roman Haber). Zespół na najwyższym szczeblu rozgrywek zajął 7. mijesce, po czym ze względów finansowych wycofany został z rywalizacji. W sezonie 1994/1995 wystąpił w 18 meczach w II lidze, legitymując się średnią 9,67 pkt.