Ależ to był mecz, ależ to były emocje. A bohater? I oczywisty, i nie jednocześnie. Bo chyba każdy nasz kibic przed decydującym starciem o awans do Orlen Basket Ligi wpatrzony był w Martyce'a Kimbrough i zadawał sobie pytanie: „Czy to w końcu będzie ten mecz Tyce'a?” I choć był (27 punktów naszego strzelca), to jednak tytuł MVP zgarnął Karol Kamiński, który w środowy wieczór momentami przechodził sam siebie (34 punkty) i bezdyskusyjnie był naszym najrówniejszym graczem na przestrzeni finałów z ŁKS-em Coolpack. Dojeżdżał na każde spotkanie tej serii, a w decydujących momentach game5 był po prostu zimnokrwisty! Mecz o awans wygraliśmy 96:87 i wracamy do ekstraklasy po trzyletniej przerwie!

Środowe, a więc decydujące o awansie do Orlen Basket Ligi spotkanie lepiej rozpoczęli przyjezdni. Zespół z Łodzi w początkowych fragmentach starcia prowadzony był w ataku przez swojego kapitana w osobie Norberta Kulona. To właśnie doświadczony rozgrywający trafił dwie trójki, dzięki czemu ŁKS prowadził 6:3. My mieliśmy za to pewne problemy z organizacją gry w ataku. Mimo to stawialiśmy jednak rywalom twarde warunki w obronie, więc pojedynek się wyrównał.

Po trudnym czasie przełamał się u nas Martyce Kimbrough, co było świetną wiadomością z perspektywy dotychczasowej rywalizacji finałowej, w której - delikatnie rzecz ujmując - Tyce w ataku nie błyszczał. 30-latek trafił dwa ze swoich trzech pierwszych rzutów dystansowych, a przy wyniku 14:16 dorzucił do tego jeszcze akcję 2+1 i wyszliśmy dzięki temu na minimalne prowadzenie. Ostatecznie po dziesięciu minutach na tablicy wyników było remisowo - po 20 

W następnej odsłonie nasze poczynania ofensywne w dalszym ciągu spoczywały w znacznym stopniu na barkach Tyce'a Kimbrough, który jednak ze swoich zadań wywiązywał się bardzo dobrze i utrzymywał nas na powierzchni, choć na dystansie tak skuteczny już nie był. W pewnym momencie po drugiej stronie przebudził się natomiast Jaquan Carlos, co oznaczało dla nas spore problemy. Już dwa mecze w Łodzi pokazały dobitnie, jak duże kłopoty mamy z zastopowaniem tego zawodnika i nie inaczej było w środę, gdy w drugiej kwarcie wrzucił on wyższy bieg.

Momentami można było odnieść wrażenie, że Carlos niemal w pojedynkę rywalizował z naszą drużyną, ale robił to na tyle skutecznie, że na niecałe trzy minuty przed końcem pierwszej połowy, na tablicy wyników, cały czas utrzymywał się stan remisowy. Pod sam koniec drugiej kwarty to jednak Łodzianie wyszli na prowadzenie i utrzymali je do samego końca tej części. Nasz lekki zastój w tym fragmencie spowodował, że do szatni schodziliśmy z trzypunktowym deficytem.

W dodatku mieliśmy też powtórkę z czwartego meczu w Łodzi, gdzie także do przerwy przegrywaliśmy dokładnie w takim samym stosunku - 38:41. I początek następnej odsłony zwiastował to, że scenariusz z niedzielnego meczu może być całkiem podobny. Sprawy w swoje ręce zaczął brać Marcel Ponitka, a gdy kolejną trójkę w meczu trafił Norbert Kulon, zrobiło się +5 dla przyjezdnych. Nasze skupienie i dokładność były jednak na tyle duże, że nie pozwoliliśmy rywalom na większy odjazd, co miało miejsce w niedzielę.

Swoje robił Martyce Kimbrough, a z każdą kolejną akcją mecz jakby przejmował Karol Kamiński, który z dużą pewnością prowadził naszą ofensywę. Zresztą tak on, jak i Tyce, byli tego dnia bezbłędni na linii rzutów osobistych, udowadniając, że mają stalowe nerwy. Tak dobrze nie było w tej kwestii u rywali. W całym meczu Łodzianie spudłowali aż 16 prób z linii wolnych, co miało niebagatelne znaczenie. Wracając jednak do tego, co działo się w trzeciej kwarcie - mimo dobrego fragmentu KK'a, po chwili ŁKS znów odskoczył nam na parę punktów, ale wtedy nadszedł moment przełomowy dla całego meczu.

Najpierw dwa punkty w arcytrudnej sytuacji zdobył Adam Kemp, w odpowiedzi trójkę spudłował Marcel Ponitka, a to samo uczynił po naszej stronie Karol Gruszecki. Jak lew o piłkę z Dominikiem Grudzińskim i Jakubem Motylewskim powalczył jednak Marcin Nowakowski. W teorii - nie miał szans na to, by wyjść zwycięsko z tej rywalizacji. A jednak. „Mały” nie czekał jednak zbyt długo z ustawieniem akcji i gdy tylko dostrzegł błąd w komunikacji wśród rywali, którzy pozostawili wolnego Michała Chylińskiego w narożniku, od razu podał mu piłkę, a nasz wychowanek czyściutko przedziurawił kosz.

Była to akcja, która wyprowadziła nas na prowadzenie 55:54. Sam ten fakt to jedno, ale tym kluczowym czynnikiem była tu waleczność, którą wykazał się nasz kapitan. Trójka „Chyla” była więc pięknym zwieńczeniem akcji, po której - dosłownie - Grupa Moderator Arena wprost eksplodowała, a o czas na żądanie musiał poprosić Nikola Avramović. I przyznać trzeba, że od tego momentu pojawił się lekki zastój w naszych szeregach, bo zmarnowaliśmy kilka swoich bardzo dobrych szans. Kolejne trójki pudłowali Michał Chyliński, Karol Kamiński oraz Tyce Kimbrough, ale na nasze szczęście rywale - poza trójką Chaunceya Collinsa - także zacięli się w ataku.

Dużym problemem dla nas był czwarty faul Karola Gruszeckiego, co jeszcze mocniej ukróciło naszą już i tak wąską rotację w tym meczu. Ostatnie fragmenty trzeciej kwarty były - można tak wnioskować - decydujące dla losów całego starcia. Najpierw do trzech punktów prowadzenie rywali podwyższył Marcel Ponitka, ale wtedy przebudził się Karol Kamiński, który trafił trójkę z kąta około 45 stopni, a po chwili dołożył do tego jeszcze trafienie z półdystansu, co wyprowadziło nas na prowadzenie. 

Jeden celny rzut wolny Collinsa sprawił, że na tablicy było 61:60 i to było ostatnie słowo Łodzian w tej części, w której nasz finisz był piorunujący i decydujący. Prym wiódł wtedy Tyce. Najpierw trafił z bardzo dalekiego półdystansu, bo rzecz jasna szukał trafienia za trzy, ale wyraźnie, choć i też minimalnie, nastąpił na linię. Odpowiedzi jednak nie było, bo Aleksander Lewandowski stracił piłkę na rzecz Kuby Andrzejewskiego. Nasz były skrzydłowy nie miał zresztą dobrego dnia, bo po chwili dość łatwo minął go Kimbrough, notując akcję 2+1, co dało nam już sześciopunktowe prowadzenie. A to i tak nie było nasze ostatnie słowo.

 

Jaquan Carlos chciał szybko zmniejszyć dystans i spudłował rzut z dystansu, a faulowany po chwili Marcin Nowakowski ustalił - wolnymi - wynik po trzydziestu minutach na 68:60. Pierwsze akcje z obu stron w ostatniej odsłonie były dość nerwowe. Impas przerwał wejściem pod kosz Marcel Ponitka, ale swoje rakiety znów odpalił wówczas nasz MVP! Karol Kamiński trafił za trzy, a po chwili po piłkę rzucił się „Chylu”, nie pozwalając rywalom na dostarczenie piłki do Marcela Ponitki. I był w tej akcji faulowany, więc zyskaliśmy dodatkowe posiadanie. A te wykorzystał KK, ponownie trafiając z dystansu, co dało nam na tamtą chwilę 12-punktowe prowadzenie (74:62).

 

Oczywiście Nikola Avramović momentalnie poprosił o timeout, bo coraz mocniej jego podopiecznym ten mecz zaczął wymykać się z rąk. Ale do końca pozostawało dużo czasu, więc musieliśmy się mieć absolutnie na baczności, tym bardziej że nasza gra zaczęła falować - jak to bardzo często ma miejsce w koszykówce. Jest to poniekąd gra błędów i zrywów, a że ŁKS jest zespołem klasowym i doświadczonym, także miał swoje lepsze momenty w czwartej kwarcie. Kto inny miał jednak w naszych szeregach brać na siebie kolejne akcje, jak nie Karol Kamiński 

To właśnie on utrzymywał nas na kilkunastopunktowym prowadzeniu, ale jednocześnie przyjezdni - rękami Ponitki i Carlosa - starali się jeszcze szarpać grę, brać na siebie poszczególne akcje, co przynosiło różny efekt. Carlos potrafił zagrać świetną indywidualną akcję, by po chwili spudłować dwa rzuty wolne. Problemem Łodzian było także to, że nasze prowadzenie było w tamtym momencie dość pewne i wynosiło ono 3-4 posiadania. ŁKS próbował z całych sił i był w stanie zejść na mniej niż 10 punktów naszej przewagi. Gasiliśmy jednak w zarodku próby dogonienia nas.

Ważne trafienia, gdy nasza gra nie była już taka płynna, zanotowali Marcin Nowakowski oraz ponownie Karol Kamiński, który zagrał indywidualnie z Marcelem Ponitką. Wtedy jeden z liderów rywali raz jeszcze podjął rękawice, zagrał dwie skuteczne akcje i było tylko 81:75. Wtedy jednak zza łuku przymierzył Michał Chyliński i znów odskoczyliśmy. Mimo to to jeszcze nie był ten moment, gdy mogliśmy czuć się w pełni bezpieczni, bo choć do końca pozostawało już coraz mniej czasu i ten działał oczywiście na naszą korzyść, to jednak Carlos i Ponitka w pewien sposób trzymali ŁKS w grze. 

Na tyle, że na pół minuty przed końcem było zaledwie 88:84, a my nie mieliśmy już w grze Karola Gruszeckiego, Adama Kempa i Michała Chylińskiego. Wszyscy oni zeszli za popełnienie piątego przewinienia. Porządku dopilnowani jednak pozostali doświadczeni gracze, a więc Karol Kamiński, Marcin Nowakowski i Tyce Kimbrough, którzy nie mylili się z linii rzutów wolnych, a faulowani byli celowo, gdyż przyjezdni na wszelki sposób szukali jeszcze swoich szans. Absolutnym zwieńczeniem tego niezwykle emocjonującego widowiska była akcja Karola Kamińskiego. MVP zabrał piłkę Carlosowi i popędził z nią na kosz, dając z góry na cztery sekundy przed końcem! 

Łodzianie wznowili jeszcze grę, ale wiadomym już było, że to my wygramy ten mecz, że to my jesteśmy tą drużyną, która awansuje do ekstraklasy. To była bardzo twarda, momentami wyniszczająca seria. Seria, w której zazwyczaj ktoś dominował. W środę nie do końca tak było, bo wynik 88:84 po prawie 99 procentach czasu gry pokazuje, że jedni i drudzy bardzo chcieli tego awansu i mieli swoje atuty. To my jednak świetną grą na przestrzeni trzeciej i czwartej kwarty sprawiliśmy, że wypracowana przewaga nie została już przez gości zniwelowana.

Po chwili na środku Grupa Moderator Areny rozpoczęła się ceremonia wręczenia medali i pucharów oraz statuetki dla MVP finałów. U nas został nim Karol Kamiński, co nie podlegało jakiejkolwiek dyskusji po takim meczu i mając również w pamięci wcześniejsze dobre występy KK'a. Po puchar standardowo wychodzi za to zawsze kapitan i choć tym razem również tak było, to Marcin Nowakowski wyszedł na ten moment w koszulce Michała Chylińskiego, honorując w ten sposób swojego ciut starszego kolegę. A „Chylu” wraz z nim odebrał puchar i wspólnie wznieśli go w górę w geście triumfu. 

Tym samym sezon 2025/26 zakończył się dla nas w sposób absolutnie cudowny. Po dwóch z rzędu porażkach w finale nadszedł moment, gdy to my byliśmy triumfatorami całych rozgrywek, w dodatku triumfując po meczu numer pięć i to przed własną widownią, z którą później nasi zawodnicy rozpoczęli świętowanie powrotu do ekstraklasy po trzech latach! MAMY TO!

Enea Abramczyk Astoria Bydgoszcz – ŁKS Coolpack Łódź 96:87 (20:20, 18:21, 30:19, 28:27)

Enea Abramczyk Astoria: Karol Kamiński 34, Martyce Kimbrough 27, Adam Kemp 15, Jakub Andrzejewski 5, Karol Gruszecki 0 - Marcin Nowakowski 9, Michał Chyliński 6, Mikołaj Jamiołkowski 0, Bartosz Ptak 0 

ŁKS Coolpack: Marcel Ponitka 18 (12 zb.), Norbert Kulon 10, Aleksander Lewandowski 5, Chauncey Collins 4, Jakub Motylewski 4 - Jaquan Carlos 36, Igor Urban 6, Dominik Grudziński 4, Iwo Maćkowiak 0, Wiktor Sewioł 0.

Stan rywalizacji do trzech zwycięstw: 3-2 dla Enea Abramczyk Astorii i nasz awans do Orlen Basket Ligi!