Mimo że sobotni mecz totalnie nie potoczył się po naszej myśli, w niedzielę wychodziliśmy z Grupa Moderator Areny w zupełnie odmiennych nastrojach. Wróciła bowiem skuteczność, bardzo dobra defensywa oraz radość z gry w koszykówkę, co dzień wcześniej było trudno dostrzegalne. Po pierwszym finałowym weekendzie mamy więc remis.
Do Łodzi jedziemy po to, by zamknąć serię, a w najgorszym razie, by wygrać tam choć raz i odzyskać przewagę parkietu.
Pierwszy mecz finałowy goście z Łodzi rozpoczęli wręcz doskonale, bo od 5/5 z gry, dzięki czemu prowadzili z nami 10:4. W naszych poczynaniach było za to widać sporą tremę i tym samym dużo przestrzelonych rzutów z dość dobrych pozycji. Ostatecznie po nieco ponad czterech minutach czystej gry o swój pierwszy timeout musiał poprosić Grzegorz Skiba, gdyż trójka Norberta Kulona wyprowadziła gości na +9. Ale było tylko gorzej. W dalszym ciągu nie potrafiliśmy zorganizować się w ataku, co ŁKS skrzętnie wykorzystywał i prowadził 19:6.
Nieco poprawiliśmy organizację gry, gdy na parkiecie pojawili się Marcin Nowakowski, Patryk Kędel oraz Michał Chyliński. Cały czas to jednak rywale mieli nad nami pewną przewagę, którą byli w stanie utrzymywać. Gdy jednak delikatnie się zbliżyliśmy, szkoleniowiec gości - Nikola Avramović - od razu poprosił o czas. Ozdobą pierwszej kwarty była akcja blok za blok. Najpierw Karol Gruszecki zablokował próbę za trzy punkty Chaunceya Collinsa, ale na nasze nieszczęście w odpowiedzi Adam Kemp został zastopowany przez Jakuba Motylewskiego.
Tym samym po dziesięciu minutach na tablicy wyników było 23:29. Cały czas grało nam się jednak niebywale trudno, gdyż rywale niezwykle wysoko zawiesili poprzeczkę. Zwłaszcza, że Collins odnalazł swoje klepki w naszej hali i po jego trójce było już nawet 38:25 dla przyjezdnych. Na nasze nieszczęście strzelec gości nie zamierzał się zatrzymywać i gdy kolejny raz przymierzył zza łuku, zrobiło się już 27:41. Po chwili - przy próbie kolejnej trójki - sfaulował go z kolei Kuba Andrzejewski, rywal wykorzystał swoje próby i było 27:44.
W tym fragmencie nie wychodziło nam zupełnie nic. Ani w ataku, ani też w obronie. Do czasu, gdy sprawy w swoje ręce wziął Kuba Andrzejewski i wykonał akcję 2+1, wymuszając w dodatku trzeci faul Dominika Grudzińskiego. W ślad za nim poszedł też Karol Gruszecki, który trafił za trzy i Grupa Moderator Arena znów odżyła. Trudno jednak powiedzieć, żebyśmy w tamtym momencie byli blisko drużyny z Łodzi, ale jednak z -17 zeszliśmy na -10 i o czas poprosił trener gości.
Wszystko to działo się w momencie, gdy poza grą przebywał Collins. Bez niego atak Łodzian nie wyglądał już tak płynnie. Na niecałe cztery minuty przed końcem pierwszej połowy trener Avramović zdecydował się więc wrócić do swojej najsilniejszej broni. Nasze problemy cały czas tkwiły jednak głównie w obronie. Ponad 50 punktów straconych do przerwy nie jest rzecz jasna dobrym wynikiem, a 24 z nich stanowiły celne trafienia dystansowe naszych przeciwników. W efekcie do przerwy przegrywaliśmy 42:54. I po zmianie stron absolutnie nic się nie zmieniło.
Twarda gra z obu stron powodowała, że wynik cały czas oscylował wokół kilkunastopunktowego prowadzenia przyjezdnych. My nie potrafiliśmy jakkolwiek podjąć rękawic w kwestii rzucenia się w solidny pościg za Łodzianami. Ci bowiem tak umiejętnie kontrolowali tempo gry i dokładnie wiedzieli, jak ustawiać się w obronie, by móc też dzięki temu bardzo szybko przechodzić z defensywy do ataku. Po jednej z tego typu akcji zrobiło się już 50:66 i o czas musiał poprosić Grzegorz Skiba.
Mimo że do samego końca staraliśmy się z całych sił, nie byliśmy już w stanie odwrócić losów rywalizacji. Ale swoje szanse mieliśmy. I było ich naprawdę bardzo dużo. Jeśli jednak w całym meczu trafia się zaledwie 5 z 29 rzutów z dystansu, to na poziomie finałów rozgrywek bardzo ciężko jest odnieść sukces w postaci końcowego zwycięstwa. W czwartej kwarcie mieliśmy bardzo wiele otwartych pozycji do rzutów zza łuku, jednak po prostu tego dnia kosz ŁKS-u był jakby zaczarowany i nie chciał przyjmować naszych prób. Ostatecznie więc sobotnie starcie zakończyło się naszą porażką 71:85.
Niedziela zaczęła się już inaczej, bo od naszych zdecydowanych akcji, co przyniosło nam prowadzenie 5:0. Problem jednak w tym, że bardzo szybko to ŁKS opanował sytuację i zdobył dwanaście punktów z rzędu... W dodatku Karol Gruszecki faulował przy rzucie za trzy punkty Chaunceya Collinsa, który wykorzystał jeszcze dwie z trzech prób i zrobiło się nawet 5:14, co przypominało powtórkę z soboty... Trener Grzegorz Skiba dokonywał kolejnych zmian w składzie, lecz te na niewiele się zdawały. Na minutę przed końcem pierwszej kwarty było 10:22. Mieliśmy wówczas zaledwie trzy celne rzuty z gry na swoim koncie (na 10 prób), w tym tylko 1/6 za dwa...
I wtedy nadeszła druga kwarta, w której stopniowo zaczęliśmy odrabiać straty. Zaczęły też wpadać nam trójki. Kibiców w krzesełek poderwał Karol Gruszecki, który wziął na plakat Jakuba Motylewskiego. Później dwie trójki trafiliśmy rękami Karola Kamińskiego i Patryka Kędla, więc - przy wyniku 25:29 - o timeout musiał poprosić Nikola Avramović. Jeszcze lepiej było, gdy wybroniliśmy kilka akcji rywali, a swoją klepkę na dystansie znów odnalazł Karol Kamiński. Było wtedy już tylko 28:29.
Do remisu po 30 doprowadził chwilę później Karol Gruszecki, który wbił się w pomalowane rywali i nie dał się zablokować Dominikowi Grudzińskiemu. To zresztą właśnie „Grucha” trzymał nas w tym meczu w drugiej kwarcie. To w głównej mierze właśnie dzięki niemu po dwudziestu minutach tablica wyników wskazywała idealny remis - po 36, a Karol miał na swoim koncie zgromadzonych siedemnaście „oczek”. Po zmianie stron obie drużyny długo szukały z kolei swojego rytmu.
Zdołaliśmy wyjść na prowadzenie 39:37 po akcji Adama Kempa, ale do ponownego remisu doprowadził Chauncey Collins. Oba zespoły popełniły wówczas kilka błędów w ataku, co przełamał celną trójką Kuba Andrzejewski i o czas znów poprosił Nikola Avramović. Akcję indywidualną wybrał sobie Marcel Ponitka i zdobył punkty wjazdem pod kosz. Od tego momentu uzyskaliśmy bardzo delikatną przewagę i po trafieniu z półdystansu Michała Chylińskiego prowadziliśmy 48:44.
Na półtorej minuty przed końcem trzeciej kwarty z dystansu przymierzył dla nas Karol Gruszecki i było 53:46. I szliśmy za ciosem. Gdy tablica wskazywała 45 sekund do końca tej części, Adam Kemp poradził sobie z Dominikiem Grudzińskim i osiągnęliśmy wówczas dziesięciopunktowe prowadzenie (56:46). Nie trwało to długo, bo odpowiedział nam z narożnika Igor Urban, ale w ostatniej akcji tej odsłony za trzy przymierzył też Kuba Andrzejewski, efektem czego przed czwartą ćwiartką prowadziliśmy 59:49!
Ostatnią część od mocnego uderzenia - bo od czterech punktów z rzędu - rozpoczął Karol Kamiński i było już 63:49! Wtedy rzut wolny trafił Jakub Motylewski, jednak KK znalazł swoją klepkę na dystansie i niepilnowany trafił zza łuku. Dominik Grudziński i Jaquan Carlos odrobili jednak pięć punktów dla Łodzian i od razu o przerwę na żądanie poprosił Grzegorz Skiba. W pierwszej akcji po timeoucie straciliśmy piłkę, ale po chwili z dystansu trafił w końcu Martyce Kimbrough i znów mieliśmy czternaście punktów zapasu.
Do samego końca udało nam się już w pełni panować na boiskowymi wydarzeniami. Trzy rzuty wolne (faul zwykły i techniczny Wiktora Sewioła) na trzy „oczka” zamienił Tyce, a na cztery minuty przed końcem meczu Kuba Andrzejewski wyprowadził nas na już dziewiętnastopunktowe prowadzenie. Jasnym stało się wtedy, że tego meczu już nie przegramy. Tym bardziej, że na końcówkę trener Avramović desygnował do gry piątkę Lewandowski-Kulon-Motylewski-Urban-Sewioł
Brak w tym momencie na parkiecie Collinsa, Ponitki czy też Carlosa był dobitnym dowodem pogodzenia się z końcowym rezultatem. Tym samym, dzięki bardzo dobrej grze od drugiej kwarty, byliśmy w stanie odmienić losy meczu i po dwóch starciach serii mamy remis. Oznacza to oczywiście, że w następny weekend w Łodzi odbędą się dwa spotkania, w których rzecz jasna - mimo braku przewagi parkietu - postaramy się zamknąć serię i wrócić w ten sposób do ekstraklasy!
- mecz finałowy
Enea Abramczyk Astoria Bydgoszcz – ŁKS Coolpack Łódź 71:85 (23:29, 19:25, 14:17, 15:14)
Enea Abramczyk Astoria: Jakub Andrzejewski 15, Adam Kemp 11, Karol Gruszecki 9, Martyce Kimbrough 7, Karol Kamiński 2 - Patryk Kędel 14, Marcin Nowakowski 10, Michał Chyliński 3, Krzysztof Borkowski 0, Mikołaj Jamiołkowski 0, Mikołaj Kachelski 0, Bartosz Ptak 0.
ŁKS Coolpack Łódź: Chauncey Collins 23, Norbert Kulon 11, Jakub Motylewski 10 (14 zb.), Marcel Ponitka 8, Iwo Maćkowiak 6 - Dominik Grudziński 13, Jaquan Carlos 6, Aleksander Lewandowski 6, Igor Urban 2, Wiktor Sewioł 0.
- mecz finałowy
Enea Abramczyk Astoria Bydgoszcz – ŁKS Coolpack Łódź 84:64 (12:22, 24:14, 23:13, 25:15)
Enea Abramczyk Astoria: Karol Gruszecki 22, Karol Kamiński 14, Jakub Andrzejewski 12, Martyce Kimbrough 9, Adam Kemp 9 - Patryk Kędel 13, Michał Chyliński 9, Krzysztof Borkowski 0, Mikołaj Kachelski 0, Marcin Nowakowski 0, Bartosz Ptak 0.
ŁKS Coolpack Łódź: Chauncey Collins 14, Marcel Ponitka 14, Jaquan Carlos 12, Jakub Motylewski 9, Iwo Maćkowiak 0 - Dominik Grudziński 4, Aleksander Lewandowski 4, Norbert Kulon 4, Igor Urban 3, Piotr Keller 0, Nataniel Kolasiński 0, Wiktor Sewioł 0.
stan rywalizacji po dwóch meczach: 1-1


