To były dwa zupełnie różne spotkania, ale oba zakończyły się naszym zwycięstwem. Sobota nie oszczędziła kibiców o słabszych nerwach. Decydujące dla losów całego starcia okazały się ostatnie trzy minuty, wygrane przez nas 12:2, co pozwoliło nam triumfować w całym meczu 94:84. Niedziela wyglądała natomiast tak, jakby gospodarzom wbiły się do głowy te decydujące minuty game 3, bo od początku inicjatywa należała do nas.
Dużo łatwiej gra się też, prowadząc w serii 2-1, co było aż nadto widoczne w poczynaniach obu zespołów.
Sobota to była wymiana ciosów przez 37 minut. Gdyby w dwóch zdaniach streścić przebieg tego spotkania, to pierwsze brzmiałoby właśnie tak. Drugie natomiast mogłoby już wskazywać na nasza dominację w samej końcówce, bo tak to właśnie wyglądało. Będąc jednak dużo bardziej precyzyjnym, należy jednak zwrócić uwagę na to, że pod pewnymi względami można było mieć deja vu. W pierwszym meczu całej tej rywalizacji ćwierćfinałowej, Kotwica Port Morski prowadziła z nami na początku 11:0, więc straty musieliśmy odrabiać. I tu było podobnie.
Kołobrzeżanie rozpoczęli bowiem sobotnie spotkanie od stanu 7:1. Gdy z kolei w nieco późniejszym etapie pierwszej kwarty z narożnika trafił Wojciech Siembiga, na tablicy wyników zrobiło się 20:13. To jednak nas nie podłamało, bo jeszcze w tej samej odsłonie zdołaliśmy wrócić z dalekiej podróży i był remis - po 25. Naszym największym problemem do przerwy nie była jednak wcale kwestia ofensywy, bo mimo początkowych problemów z każdą kolejną akcją wyglądało to lepiej. Naszą bolączką było zastopowanie rzutów dystansowych gospodarzy.
W pierwszej kwarcie podopieczni Rafała Franka trafili nam cztery trójki (dwie Filip Małgorzaciak, po jednej Wojtek Siembiga i KJ Feagin), natomiast w drugiej części było to już pięć trójek i trochę nieoczywisty autor większości z nich. Remon Nelson, bo o nim mowa, znany jest oczywiście z tego, że - co, jak co - ale za trzy potrafi przymierzyć. Kwestia jednak tego, że w tym sezonie nieco obniżył on swoje loty i zaczął trafiać jak natchniony właśnie wtedy, kiedy jego drużyna najbardziej tego potrzebowała, a kiedy my się tego chyba nie do końca spodziewaliśmy.
Nelson uzbierał do przerwy dziewięć punktów, aplikując nam trzy trójki w drugiej kwarcie, dzięki czemu Kotwica Port Morski prowadziła z nami po dwudziestu minutach 49:47. W pierwszym meczu tej serii rezerwowy rozgrywający „Czarodziejów z wydm” zagrał słabo (0/3 za trzy), w drugim w ogóle nie pojawił się na parkiecie, więc nie do końca było to takie oczywiste, że w game 3 ciężar ofensywnych poczynań Kotwicy będzie spoczywał w aż takim wymiarze na jego barkach. Jego oraz Filipa Małgorzaciaka, który wrócił z kolei po gry po 2,5-tygodniowej przerwie.
Nasz były gracz miał w całym meczu 15 punktów, zaś Nelson 18. No i to właśnie nie było aż tak oczywiste, skoro w poprzedni weekend w Bydgoszczy Kotwicy Port Morski liderowali Paweł Dzierżak, KJ Feagin oraz Paweł Leończyk. Oni oczywiście także włączyli się w punktowanie w meczu numer trzy, ale jednak my po swojej stronie mieliśmy więcej jakości, zwłaszcza w wyrównanej końcówce. Bo w trzeciej kwarcie cały czas mecz był na styku.
I w większości ostatniej odsłony również. Oddając sprawiedliwość należy nawet powiedzieć, że to nasi rywale częściej byli na prowadzeniu, a my ich cały czas goniliśmy. W najważniejszym momencie Karol Gruszecki był jednak liderem z krwi i kości. Po akcji 2+1 najpierw stracił piłkę, ale niemal od razu ją odzyskał i uruchomił kontrę, którą punktami zakończył Karol Kamiński. Było wtedy 82:84 i dalej już poszło. Po przerwie dla rywali kolejne akcje Kotwicy Port Morski zepsuli Paweł Dzierżak, Filip Małgorzaciak, Paweł Leończyk, Remon Nelson i Mikołaj Kurpisz.
Przełamanie gospodarzom dał dopiero Filip Małgorzaciak, ale było już za późno. Dla nas dobre akcje grali w międzyczasie „Grucha”, Patryk Kędel i Kuba Andrzejewski, który też zamknął cały mecz celnym trafieniem zza łuku, od razu odpowiadając na punkty Małgorzaciaka. I to - jak się później okazało - był moment zwrotny tego ćwierćfinału. Bo w niedzielę tak naprawdę nie było już czego zbierać. W całej serii im dalej Kotwica Port Morski wypychana była przez nas od kosza, tym gorzej się to dla niej kończyło.
W czwartym spotkaniu podopieczni Rafała Franka oddali więcej prób z dystansu niż bliżej obręczy. A że skuteczności w tym elemencie nie było już takiej, jak dzień wcześniej, nie mogło się to dla Kołobrzeżan skończyć w inny sposób. Do połowy trzeciej kwarty praktycznie z każdą akcją powiększaliśmy swoją przewagę, która w tamtym momencie wynosiła 30 punktów. A to była z naszej strony prawdziwa deklasacja. Wtedy nastąpił jednak pewien bardzo duży zastój w naszych poczynaniach.
Czy kryzys? Być może był to nawet i kryzys. Na pewno jednak o klasycznym kryzysie i niemocy można by było wspomnieć w momencie, w którym mecz byłby na styku. Wtedy rozpędzony rywal mógłby już nie dać sobie wyrwać prowadzenia. Ale jeśli było już 32:62 i nagle zrobiło się z tego „tylko” 50:65, to jednak bardziej można to określić mocnym rozprężeniem, wynikającym z bardzo wyraźnego prowadzenia. Oczywiście łatwo policzyć sobie, że swój najlepszy fragment w tym meczu Kotwica Port Morski wygrała 18:3, ale poza tym w pełni kontrolowaliśmy to starcie.
Bo nawet gdy już gospodarze byli na fali, Kuba Andrzejewski dał nam znów dużo więcej spokoju. Dzięki temu w ostatniej odsłonie mogliśmy już w pełni kontrolować ten mecz. Finalnie wygraliśmy go różnicą 31 „oczek”, a więc dorzuciliśmy jeszcze punkcik do tego, co zdołaliśmy zbudować przez 2,5 kwarty. Klasą samą dla siebie w obu tych meczach był Karol Kamiński, Adam Kemp dzielił i rządził pod tablicami, jak profesor grał momentami Karol Gruszecki, który lepiej zaprezentował się w sobotę, ale za to dzień później pałeczkę przejął od niego Patryk Kędel.
Nie mieliśmy w ten weekend słabych punktów. Dwa razy równo zagrali też Tyce Kimbrough oraz Kuba Andrzejewski. Dzięki temu nieco mniejszą role mógł otrzymać Marcin Nowakowski. I nie można zapomnieć też o Bartoszu Ptaku, który w sobotę zagrał mało, ale już dzień później dał od siebie bardzo dużo, grając momentami bez respektu (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) dla bardziej doświadczonych rywali. I to też nie było tak, ze w niedzielę wykorzystał to, że mieliśmy mecz pod kontrolą, bo po raz pierwszy pojawił się na parkiecie przy wyniku 4:6.
Było to przede wszystkim podyktowane dwoma dość szybkimi faulami Adama Kempa, ale w całym meczu Bartek w niecałe 17,5 minuty zanotował osiem punktów oraz po dwie zbiórki i asysty, a także dwa przechwyty. Teraz możemy więc już w pełnym spokoju przygotowywać się na kolejny weekend, kiedy to w dwóch pierwszych meczach półfinałowych podejmować będziemy SKS Fulimpex Starogard Gdański.
mecz nr 3
Kotwica Port Morski Kołobrzeg – Enea Abramczyk Astoria Bydgoszcz 84:94 (25:25, 24:22, 17:21, 18:26)
Kotwica Port Morski: Filip Małgorzaciak 15, Paweł Dzierżak 14, KJ Feagin 13, Szymon Długosz 9, Wojciech Siembiga 3 - Remon Nelson 18, Paweł Leończyk 10, Mikołaj Kurpisz 2, Szymon Janczak 0, Jordan Lewis 0.
Enea Abramczyk Astoria: Karol Kamiński 19, Karol Gruszecki 18, Martyce Kimbrough 17, Adam Kemp 15 (14 zb.), Michał Chyliński 6 - Jakub Andrzejewski 9, Patryk Kędel 6, Marcin Nowakowski 3, Bartosz Ptak 1.
mecz nr 4
Kotwica Port Morski Kołobrzeg – Enea Abramczyk Astoria Bydgoszcz 68:99 (15:25, 14:26, 21:19, 18:29)
Kotwica Port Morski: Paweł Dzierżak 14, Wojciech Siembiga 10, Szymon Długosz 7, Filip Małgorzaciak 3, Mikołaj Kurpisz 2 - KJ Feagin 15, Remon Nelson 11, Jordan Lewis 3, Szymon Janczak 2, Paweł Leończyk 1, Zaied Alobaidi 0, Wojciech Tomala 0.
Enea Abramczyk Astoria: Martyce Kimbrough 19, Karol Kamiński 14, Adam Kemp 13 (12 zb.), Patryk Kędel 11, Karol Gruszecki 8 - Jakub Andrzejewski 13, Michał Chyliński 8, Bartosz Ptak 8, Marcin Nowakowski 3, Mikołaj Kachelski 2, Krzysztof Borkowski 0.
stan rywalizacji: 3-1 dla Enea Abramczyk Astorii Bydgoszcz


