Seria z Kotwicą Port Morski nie zaczęła się dla nas pomyślnie, ale już dzień później pokazaliśmy dużą siłę, pokonując rywali zdecydowanie, a przede wszystkim łapiąc duży luz od początku drugiej kwarty, co przełożyło się na grę również po powrocie z szatni.

Dzięki temu wygraliśmy aż 106:79. Teraz przed nami dwa mecze wyjazdowe - oby ostatnie w tej serii, ale oby z pozytywnym dla nas rezultatem.

Jeszcze przed pierwszym starciem doszło do bardzo miłej uroczystości. Tuż po prezentacji obu drużyn nasi przedstawiciele zostali wyróżnieni w dwóch kategoriach. Trenerem sezonu, zdaniem swoich kolegów po fachu, wybrany został bowiem Grzegorz Skiba, a do pierwszej piątki rozgrywek inni pierwszoligowi szkoleniowcy wytypowali Karola Gruszeckiego. I jeśli chodzi o początek bydgosko-kołobrzeskiej rywalizacji, to był koniec miłych akcentów, ponieważ po niecałych czterech minutach pierwszego meczu na tablicy wyników było 0:11.. 

Goście panowali na deskach i punktowali nas raz po raz z gry, wykorzystując nasze błędy w defensywie. Widać też było sporą nerwowość w naszych poczynaniach, efektem czego rzuty, które wpadać powinny, wykręcały się z obręczy. Dopiero po przerwie na żądanie dla Grzegorza Skiby przełamał się dla nas Martyce Kimbrough, trafiając z dystansu. I to właśnie rzuty z dalszej odległości przywróciły nas do meczu, bo po chwili trafili jeszcze Karol Gruszecki i ponownie Tyce. Gdy za to zrobił to jeszcze Patryk Kędel, było już tylko 14:16.

Na minutę i dziesięć sekund przed końcem pierwszej odsłony wreszcie wyszliśmy na prowadzenie (19:17). Zapewniła nam to trójka Karola Gruszeckiego. Było to jednocześnie nasze piąte celne trafienie z dystansu w tym spotkaniu. W kolejnych fragmentach starcie bardzo się wyrównało, ale do czasu, co niestety nie było pozytywem - z naszej perspektywy patrząc. W połowie drugiej kwarty kolejny timeout musiał wykorzystać Grzegorz Skiba, bo wyraźnie spuściliśmy z tonu - po obu stronach parkietu, co rywale wykorzystali momentalnie.

Goście dobrze wykorzystywali pod koszem Pawła Leończyka, a gdy z narożnika przymierzył Paweł Dzierżak, zrobiło się 23:31. Szybko zdołaliśmy jednak odpowiedzieć, bo sprawy w swoje ręce wzięli ponownie Tyce Kimbrough oraz Karol Gruszecki. Od tego momentu nie potrafiliśmy jednak przechylić szali na swoją stronę. Cały czas musieliśmy gonić rywali, którzy bardzo dobrze wybijali nas z rytmu. W sumie w końcówce pierwszej połowy trzymał nas w grze Bartosz Ptak, który zdobył pięć punktów i dzięki niemu po dwudziestu minutach na tablicy było 35:40.

Przez długie fragmenty trzeciej kwarty nic się nie zmieniało. Cały czas to drużyna dowodzona przez Rafała Franka trzymała dla siebie bezpieczny dystans, a główna w tym zasługa zwłaszcza weterana Pawła Leończyka oraz Pawła Dzierżaka. W pewnym momencie ten duet wyprowadził gości na już dziewięciopunktowe prowadzenie, ale Tyce Kimbrough i Kuba Andrzejewski delikatnie zmniejszyli nasze straty.

Później rywale jeszcze raz zebrali się do ataku, ale po trójce Michała Chylińskiego i layupie Marcina Nowakowskiego był remis. Ostatecznie po trzydziestu minutach było 56:56, więc wszystko miała rozstrzygnąć ostatnia ćwiartka meczu. A tę zaczęliśmy naprawdę nieźle. Zbudowaliśmy sobie w niej niewielką, ale jednak przewagę, wynoszącą trzy „oczka”. Gdy z kolei w kontrze zza łuku przymierzył Michał Chyliński, na tablicy było 66:60 i o czas poprosił Rafał Frank.

To jednak nie był koniec emocji. Kotwica ma w swoich szeregach doświadczonych zawodników, którzy wzięli na siebie ciężar gry i po dobrych akcjach Leończyka i Feagina goście odrobili cztery punkty. I ostatecznie przyjezdni poszli za ciosem, doprowadzając do dogrywki! Mieliśmy swoje bardzo duże szanse na to, by zamknąć to starcie w regulaminowym czasie, ale nie potrafiliśmy postawić kropki nad i (spudłowaliśmy też bardzo dużo rzutów wolnych). Szansę na to, by zakończyć wszystko w czterdzieści minut miał Paweł Leończyk, który doprowadził do dogrywki.

Przy swoich punktach był jednak faulowany, ale nie trafił z linii dodatkowego rzutu i tym samym mieliśmy w swoich rękach ostatnią akcją, którą wziął na siebie Tyce Kimbrough. Jego trójka nie wpadła do kosza rywali i tym samym potrzebny był dodatkowy czas gry. A w nim to rywale zachowali więcej zimnej krwi i ostatecznie triumfowali w Grupa Moderator Arenie. Główna w tym zasługa Pawła Leończyka, na którego zatrzymanie nie mieliśmy żadnego sposobu i tym samym po niedzielnej rywalizacji jej stan wynosił 1-0 dla Kotwicy 

Wiadomym więc było, że dzień później musieliśmy zagrać o niebo lepiej, by odnieść zwycięstwo i nie jechać do Kołobrzegu będąc tak bardzo pod ścianą, jak w ubiegłorocznym półfinale z Sokołem Łańcut. I to już był inny początek w naszym wykonaniu, choć też nie idealny. Mimo wszystko nie daliśmy sobie aż tak bardzo narzucić stylu gry rywali jak w niedzielę. Także parę razy pomyliliśmy się pod koszem, ale jednak wynik oscylował w okolicach remisu. Nie dopuściliśmy do sytuacji, w której musielibyśmy wracać z jedenastopunktowego deficytu już na starcie meczu.

Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo męczyliśmy się w ofensywie, co rzecz jasna wynikało z bardzo  twardej obrony gości. Po dziesięciu minutach to właśnie Kołobrzeżanie prowadzili w Grupa Moderator Arenie 21:17. I dopiero w drugiej kwarcie zaczęliśmy przypominać w tej serii zespół, który jak burza przeszedł przez rundę zasadniczą. Konsekwentna obrona i skuteczna gra po drugiej stronie parkietu spowodowały, że po zaledwie trzech minutach tej części prowadziliśmy w niej 14:4 i o czas musiał prosić Rafał Frank 

A trzeba przecież podkreślić, że przez cała pierwszą kwartę zdołaliśmy uzbierać jedynie siedemnaście „oczek”. Na całe szczęście - z naszej oczywiście perspektywy patrząc - rywale po powrocie na parkiet w dalszym ciągu mieli problem z organizacją swojego ataku, a my za to, grając coraz częściej i więcej przez Adama Kempa, powiększaliśmy przewagę. Swoje trzy grosze w ofensywę wtrącał też Kuba Andrzejewski, po którego punktach w kontrze było już 42:29 i o kolejny timeout poprosił trener rywali.

Ostatecznie po dwudziestu minutach zdołaliśmy utrzymać nasze trzynastopunktowe prowadzenie. Trzecia kwarta rozpoczęła się za to od swoistej wymiany ciosów, dzięki czemu po trzech minutach jej trwania było 9:9. Dość powiedzieć, że jedni i drudzy nie potrafili znaleźć odpowiedzi na dobrze dysponowanych w ataku przeciwników, więc nasze prowadzenie utrzymywało się w okolicach przewagi wypracowanej do przerwy. Ważne było też to, że nie mieliśmy zdecydowanego lidera, a poczynania ofensywne rozkładały się na kilku graczy.

Dzięki temu po trzydziestu minutach po piętnaście punktów mieli Adam Kemp i Patryk Kędel, trzynaście Tyce Kimbrough, a jedenaście Karol Gruszecki. Swoje dokładał też Karol Kamiński, którego powrót do rotacji dał zespołowi nowe możliwości taktyczne - tak w ataku, jak i w obronie. Nasz dobry rytm po obu stronach parkietu spowodował, że w 32. minucie spotkania prowadziliśmy już 75:57. Na nieco ponad sześć minut przed końcem nasze prowadzenie po raz pierwszy tego poniedziałkowego wieczora przekroczyło z kolei dwadzieścia punktów.

Stało się tak za sprawą celnej trójki Kuby Andrzejewskiego. W tamtym momencie pewnym było już to, że jedynie jakiś totalny kataklizm będzie nam w stanie odebrać zwycięstwo tego dnia. I nic takiego nie miało już miejsca, choć absolutnie nie można powiedzieć, że było po meczu, bowiem zespół z Kołobrzegu szukał jeszcze sposobności na jakiś szaleńczy zryw i powrót do rywalizacji. Szukał jednak do pewnego momentu. Bo gdy szaleńcze rzuty przyjezdnych przestały wpadać, zaczęły wpadać nam!

Efekt tego był taki, że dojechaliśmy do końca z wynikiem 106:79, a więc triumfowaliśmy różnicą 27 punktów! Mimo to nie liczy się to, jakim finalnie wynikiem triumfowaliśmy, a to, że wygraliśmy i że doprowadziliśmy do remisu w serii. Dzięki temu jedziemy w następny weekend do Kołobrzegu w dobrych nastrojach. Oczywiście nie mamy przewagi parkietu, ale jednak nasza gra w drugim meczu serii pokazała, że niedzielne starcie było w naszym wykonaniu jedynie wypadkiem przy pracy. Taką oczywiście mamy nadzieję - że potwierdzimy to w Kołobrzegu i wrócimy stamtąd do domu jako triumfatorzy tej serii. 

1. mecz

Enea Abramczyk Astoria Bydgoszcz – Kotwica Port Morski Kołobrzeg 88:91 po dogr. (19:20, 16:20, 21:16, 18:18, d. 14:17) 

Enea Abramczyk Astoria: Martyce Kimbrough 23, Adam Kemp 7 (10 zb.), Michał Chyliński 6, Marcin Nowakowski 4, Mikołaj Kachelski 0 - Karol Gruszecki 21, Patryk Kędel 15, Jakub Andrzejewski 7, Bartosz Ptak 5. 

Kotwica Port Morski: Paweł Leończyk 24 (17 zb.), Paweł Dzierżak 20 (12 zb.), KJ Feagin 15 (11 as.), Mikołaj Kurpisz 8, Wojciech Siembiga 7 - Szymon Janczak 6, Remon Nelson 6, Szymon Długosz 5. 

2. mecz

Enea Abramczyk Astoria Bydgoszcz – Kotwica Port Morski Kołobrzeg 106:77 (17:21, 31:14, 23:22, 35:20) 

Enea Abramczyk Astoria: Martyce Kimbrough 23, Adam Kemp 15, Karol Gruszecki 11, Michał Chyliński 4, Marcin Nowakowski 2 - Patryk Kędel 17, Karol Kamiński 12, Jakub Andrzejewski 11, Bartosz Ptak 6, Krzysztof Borkowski 3, Mikołaj Kachelski 2. 

Kotwica Port Morski: KJ Feagin 30, Paweł Dzierżak 25, Paweł Leończyk 10, Wojciech Siembiga 4, Mikołaj Kurpisz 2 - Szymon Janczak 3, Jordan Lewis 3, Szymon Długosz 2.