No może poza kwestią skuteczności. Bo ta nie była rewelacyjna z naszej strony. Jednocześnie był to absolutnie mecz walki, w którym żadna ze stron nie zamierzała odpuszczać do samego końca. Finalnie to my schodziliśmy z parkietu jako wygrani, co nie byłoby możliwe, gdyby nie doskonała tego dnia dyspozycja Adama Kempa i Michała Chylińskiego.

Zdobyli oni po 19 punktów, wydatnie przyczyniając się do naszego zwycięstwa 75:73.

Sobotnie spotkanie określane było mianem potencjalnego i spodziewanego hitu 25. kolejki Bank Pekao S.A. I ligi koszykówki. A kto wie, może i całej rundy rewanżowej. Skoro bowiem napakowany gwiazdami ŁKS Coolpack podejmował na własnym terenie lidera tabeli, a więc nas, to nie mogło być w zasadzie inaczej. Obie drużyny przystąpiły do tego starcia bez kilku ważnych ogniw, przy czym Karol Gruszecki był w składzie meczowym, ale nie zagrał. W dwunastce nie było natomiast Mikołaja Jamiołkowskiego oraz Bartosza Ptaka.

Po drugiej stronie w rosterze zabrakło miejsca dla Marcina Tomaszewskiego czy też Norberta Kulona. Jeśli o początek spotkania chodzi, to ten był dość nerwowy z obu stron. Wprawdzie to my lepiej zaczęliśmy, bo po trójkach Martyce'a Kimbrough i Karola Kamińskiego prowadziliśmy 6:2, jednak kiepską informacją dla nas mogły być na pewno dwa szybkie faule Patryka Kędla, co przy ograniczonej rotacji podkoszowej mogło być dużym problemem w dalszym etapie starcia. 

Na kilka minut przed końcem pierwszej kwarty zaczęliśmy mieć bardzo duże problemy - i to po po obu stronach parkietu. Kiepsko wyglądała kwestia organizacji naszej gry, a gdy na linii jeden rzut wolny wykorzystał Jaquan Carlos, było 17:12. Cały czas nieco szarpaliśmy się jednak jakby sami ze sobą, ale w odpowiednim miejscu i czasie na dystansie znalazł się Michał Chyliński. Ostatecznie jednak po dziesięciu minutach to gospodarze prowadzili 23:20, co pokazało, że będzie to dla nas niezwykle ciężka przeprawa.

Obie strony grały przede wszystkim bardzo szybko i odważnie. Gdy tylko pojawiała się pozycja do rzutu trzypunktowego, nie było żadnej kalkulacji. Jakby zespoły stosowały dokładnie taką samą taktykę ofensywną. Efekt tego był taki, że sporo rzutów było niecelnych, a na sam koniec zarówno my, jak i ŁKS zanotowaliśmy dokładnie ten sam wynik – 11/37 za trzy, co przełożyło się na niecałe trzydzieści procent w rzutach zza łuku.

Wracając jednak do drugiej kwarty, to mieliśmy w niej olbrzymie problemy. Pierwszym był trzeci, a następnie czwarty (w ataku) faul Patryka Kędla. Oznaczało to totalne zawężenie rotacji podkoszowej w naszych szeregach i konieczność prawdopodobnego grania niskim zestawieniem przez spore minuty. Mimo to nic takiego nie nastąpiło przez dłuższy czas, a to za sprawą Adama Kempa, który dla odmiany nie miał w tym spotkaniu większych kłopotów z przewinieniami.

Gdy jednak było już 29:22, o czas musiał poprosić Grzegorz Skiba, bo jakby brakowało nam pomysłu na stopowanie rywali. W ataku największe problemy miał u nas Martyce Kimbrough, którego bardzo mocno krył Marcel Ponitka. Po nieco ponad czternastu minutach gry na tablicy było już 32:25. Wtedy swoją trzecią trójkę w meczu odpalił jednak Michał Chyliński, który ma w tym sezonie kapitalną - jak dotychczas - skuteczność zza łuku.

Wtedy jeszcze nie wyglądało to dla nas tak źle, jednak po dwóch rzutach wolnych Adama Kempa jakby zatrzymaliśmy się w miejscu. Od stanu 34:31 przegraliśmy samą końcówkę pierwszej połowy 3:10 i ostatecznie schodziliśmy do szatni z dziesięciopunktową stratą. Przy stanie 38:31 o kolejny czas poprosił Grzegorz Skiba, ale na niewiele się to zdało i tym samym w przerwie mieliśmy o czym dyskutować. Tym bardziej, że na sam koniec drugiej kwarty z dziewiątego metra trafił nam Chauncey Collins, więc po I połowie było 44:34.

Drugą połowę zaczęliśmy z animuszem. Zwłaszcza Adam Kemp, który był doskonale obsługiwany przez partnerów i mógł podania w strefę podkoszową zamieniać na pewne punkty. Po akcji 2+ naszego środkowego zrobiło się już tylko 46:44! Mimo, iż mecz od tego momentu zdecydowanie się wyrównał, to nie potrafiliśmy przełamać gospodarzy. Cały czas to oni utrzymywali delikatne prowadzenie, a i tempo starcia w drugiej połowie trzeciej kwarty wyraźnie spadło.

Ale w końcu dopięliśmy swego, na sam koniec tej części wychodząc na prowadzenie. Stało się to po dwóch akcjach - celnej trójce zagrożonego Patryka Kędla oraz trafieniu z półdystansu Marcina Nowakowskiego. Gdy z kolei z linii dwa razy przymierzył Adam Kemp, mieliśmy trzy „oczka” zapasu i wydawało się, że z taką właśnie przewagą zakończymy trzecią odsłonę. Inny plan miał jednak Collins, który zakończył tę kwartę tak samo, jak całą pierwszą połowę.

Tym samym oczywistym stało się to, że wszystko wyjaśni się w ostatniej ćwiartce. A być może i dogrywce, choć do tej ostatecznie nie doszło. Początkowo to gospodarze lepiej czuli się w czwartej kwarcie, ale Adam Kemp do spółki z Michałem Chylińskim sprawili, że zrobiło się 62:66! Najpierw Adam trafił jeden rzut wolny, a po chwili „Chylu” w dwóch kolejnych akcjach przymierzył zza łuku i o czas zmuszony był wówczas poprosić Tane Spasev.

Mimo wszystko to nadal my byliśmy w uderzeniu i po celnych wolnych Jakuba Andrzejewskiego mieliśmy już nawet sześć punktów przewagi. Mieliśmy jeszcze swoje szanse, by ten mecz już totalnie kontrolować, ale po pudłach dystansowych rywali, odpowiadaliśmy niestety tym samym. Inne rozwiązania zaproponował za to dla ŁKS-u Carlos, który zaczął przedzierać się przez naszą obronę i gdy zdobył tak cztery punkty, o czas - przy wyniku 66:68 - poprosił Grzegorz Skiba 

My jednak cały czas staliśmy w miejscu, jeśli chodzi o ofensywę, i to gospodarze na niecałe 3,5 minuty przed końcem wrócili na prowadzenie, bo Carlos wykorzystał kontrę i trafił za trzy. Tablica wyników wskazywała wtedy rezultat 69:68. Pewnym wybawieniem były dla nas ostatnie fragmenty gry tego wieczora Patryka Kędla. Ostatecznie nie dokończył on tego meczu, ale zanim parkiet opuścił, trafił trzy z czterech rzutów wolnych, po których prowadziliśmy 71:69 

W samej końcówce obie drużyny nie uniknęły błędów, zwłaszcza w ataku. Na całe szczęście my mieliśmy po swojej stronie Marcina Nowakowskiego. Nasz kapitan trafił za dwa z dalekiego półdystansu, a na sam koniec nie zabrakło mu też zimnej krwi na linii rzutów osobistych. Mądry był też faul Kuby Andrzejewskiego na Collinsie, który trafił tylko jeden rzut wolny z dwóch prób. ŁKS zebrał jeszcze piłkę w ataku, ale Jakub Motylewski przerzucił kosz i tym samym wygraliśmy 75:73!

ŁKS Coolpack Łódź – Enea Abramczyk Astoria Bydgoszcz 73:75 (23:20, 21:14, 15:25, 14:16) 

ŁKS Coolpack:  Jaquan Carlos 16, Chauncey Collins 16, Dominik Grudziński 14, Aleksander Lewandowski 10, Tymon Szymański 5 - Marcel Ponitka 5, Igor Urban 5, Jakub Motylewski 2, Iwo Maćkowiak 0, Jędrzej Musiał 0, Wiktor Sewioł 0. 

Enea Abramczyk Astoria: Adam Kemp 19 (16 zb.), Karol Kamiński 11, Patryk Kędel 8, Martyce Kimbrough 3, Wojciech Dzierżak 2 - Michał Chyliński 19, Marcin Nowakowski 8, Jakub Andrzejewski 5.