Tadeusz Nadolski (Express Bydgoski)

Zaczynał, jak wielu chłopaków, od piłki nożnej. Przez jakiś czas trenował w Zawiszy. Szybko jednak trafił na koszykarski parkiet. Rozmawiamy z byłym koszykarzem, wychowankiem Astorii Bydgoszcz, obecnie trenerem, Marcinem Grockim.

 

 

Tadeusz Nadolski: Wywiady z byłymi zawodnikami Astorii zawsze zaczynamy od pytania, skąd wziął się pomysł na koszykówkę. W Pana przypadku intryguje mnie co innego. Skąd się wziął znany w środowisku pseudonim „Melon”?

Marcin Grocki: Nie pamiętam dokładnie, ale chodziłem wtedy do drugiej czy trzeciej klasy podstawówki. To było już w Bydgoszczy, bo ja urodziłem się we Włocławku, gdzie mój ojciec pracował na kontrakcie. W telewizji leciała wówczas jakaś bajka i tam była postać, która nazywała się „Melon”. I tak się utarło. Dochodziło do takich sytuacji, że przychodzili do domu nowi koledzy, pukali do drzwi i pytali mojej mamy, czy „Melon” wyjdzie na dwór, bo nie wiedzieli jak mam na imię. Tak to do mnie przylgnęło, że cała rodzina tak mnie nazywała.

To już zatem wiemy. A dlaczego koszykówka?

To, że związałem się ze sportem, to zawdzięczam mojemu ojcu. On sam trenował boks w Zawiszy i od najmłodszych lat zabierał mnie na wszystkie mecze w Bydgoszczy, szczególnie na hokej i na futbol. I to on zaprowadził mnie do Zawiszy, i tam rozpocząłem treningi piłki nożnej w grupach naborowych u Stanisława Mątewskiego. Były już nawet takie plany, że przeniosę się ze Szkoły Podstawowej nr 59 do klasy sportowej w SP nr 15. Chodziłem do trzeciej klasy, moi koledzy byli starsi, z czwartej, i postanowiono, że rok jeszcze poczekam. Po jakimś czasie trafiła do mnie ulotka trenera Piotra Czarneckiego z Pałacu Młodzieży, który prowadził tam zajęcia grup naborowych w koszykówce. I od czwartej klasy zacząłem się tam bawić w basket. Tak to się zaczęło. Choć cały czas byłem „podjarany” piłką nożną. To był sezon, kiedy Zawisza zajął w ekstraklasie czwarte miejsce. Chodziłem na wszystkie mecze, do dziś potrafię wymienić cały skład z numerami. Mateusz Bierwagen (też wychowanek Astorii - dop. T.N)) śmieje się, że musi mnie umówić ze swoim dziadkiem (Piotr Bierwagen był wówczas szefem klubu - dop. T.N.), to będziemy mieli co wspominać. Wracając do bas-#ketu. Z grupy 220 chłopaków z czwartych klas z całej Bydgoszczy, wybrano 20, w tym mnie. I od piątej klasy przeszedłem już do klasy sportowej w SP 47. Tu moim pierwszym szkoleniowcem był Maciej Borkowski, a jako junior trafiłem w ręce Ryszarda Mogiełki.

Ma Pan w swojej biografii szóste miejsce w finałach mistrzostw Polski juniorów. Kto grał wtedy w tej drużynie?

Między innym Filip Dylewicz, który szybko opuścił „Astę” i zrobił karierę w ekstraklasie, gdzie gra do dziś, Michał Kłopotek, Piotr Bober, Maciej Łabuś. Myślę, że to był skład na czwórkę. Pierwszy mecz przegraliśmy ze Stalową Wola, która jak pamiętam, zdobyła wówczas tytuł, drugi wygraliśmy z Białymstokiem, w trzecim z MOS Bytom prowadziliśmy już ośmioma punktami, oni w końcówce postawili strefę i tym nas załatwili. Polegliśmy też w pojedynku o piąte miejsce ze Stalą Ostrów. Wpływ na naszą grę miała też chyba zmiana trenera. Przez cały sezon prowadził na Ryszard Mogiełka, człowiek z krainy łagodności, oaza spokoju, który nigdy się nie denerwował, a jak zawodnik coś źle zrobił, to go pocieszał, mówił - spokojnie, nic się nie stało. W klubie postanowiono, że w finałach poprowadzi nas Aleksander Kru-#tikow. Ja trenowałem już wtedy z seniorami, i wiedziałem czym to pachnie, wiedziałem jaki jest u niego reżim na zajęciach, jak impulsywnie prowadzi zespół w czasie meczów. Moi koledzy z drużyny tej nowej sytuacji nie byli w stanie ogarnąć.

Wspomniał Pan, że właśnie w tym sezonie, 1996/1997, miał już miejsce w drużynie seniorów, która występowała w II lidze.

Pamiętam dokładnie, że zadebiutowałem 14 września 1996 r. w meczu z Sokołem Międzychód, kiedy to zdobyłem jeden punkt. Tego dnia mój tata miał 55 urodziny. Mieliśmy wtedy dość mocny skład z Grzegorzem Skibą, Dariuszem Barszczykiem, Leszkiem Prusakiem, Krzysztofem Beby-#nem Pawłem Grigoriewem, Igorem Korniejenkowem. Tuż przed rundą play off dołączył do nas Andrej Klemez. To był dobry zawodnik, świetny strzelec, ale rzucał z każdej pozycji, trafiał w sumie na niskim procencie, grał pod siebie. Indywidualnie miał bardzo dobre osiągnięcia sięgające 27 punktów, ale pozostali chłopacy się zablokowali i w efekcie przegraliśmy półfinały ze Stalą Ostrów 0-2. Takie to było moje wejście w dorosłą koszykówkę. Dziś mogę powiedzieć, że z trenerem Krutikowem miałem wiele konfliktów, ale to był szkoleniowiec idealny, by wprowadzić młodego ambitnego zawodnika w seniorski basket. W ciągu kilku lat pod jego ręką zobaczyłem, między innymi, na czym polega obrona. To był dobry moment, że trafiłem do tego zespołu i dostałem szansę.

Po sezonie 2000/2001, w którym indywidualnie szło Panu dobrze, ale Astoria spadła z I ligi, Pan zaczął szukać kolejnych miejsc do grania. W roku 2001 przeszedł Pan do I-ligowej wówczas Resovii Rzeszów.

Miałem ofertę też z Alby Chorzów, ale wybrałem Resovię. Nie ukrywajmy w Astorii grałem za stypendium, a w Rzeszowie dostałem trzy razy tyle. Można było zwariować. Ale mi nie chodziło tylko o pieniądze, ale o to, żeby w wieku 22 lat grać w mocniejszej drużynie, rozwijać się. Tam było fajnie, dobry klimat, bardzo chcieli odbudować koszykówkę. Klub miał zapłacić 8 tysięcy złotych za moje wypożyczenie. Niestety, do grudnia te pieniądze nie wpłynęły na konto Astorii i moja licencja została zablokowana. Doszło do dużego zamieszania. Prezes Resovii podobno w końcu znalazł tą kasę, ale go odwołano. Ostatecznie wróciłem do Bydgoszczy i dobrze się stało, bo w kolejnym sezonie awansowaliśmy do I ligi. Astoria, jak wiadomo wykupiła dziką kartę na grę w ekstraklasie. W sezonie 2003/2004 po dwóch, czy trzech kolejkach zobaczyłem, że jestem jedenastym, dwunastym zawodnikiem i mam małe szanse na pokazanie się na parkiecie. To było dla mnie nie do przyjęcia. Wolałem znaleźć klub niższej lidze, grać za mniejsze pieniądze, ale grać, dostawać jak najwięcej minut. Poznałem się z panem Stefanem Medeńskim, wówczas głównym sponsorem i właścicielem firmy „Polpak”. I tak trafiłem do Świecia. Po pół roku trenerem został Aleksander Krutikow, którego zwolniono z Astorii. Powiem tak - to był już przerost formy nad treścią i zmęczenia materiału. Na kolejny sezon wróciłem więc do Astorii, do PLK. Nasz zespół prowadzony przez Wojciecha Krajewskiego i Tomasza Herkta zajął szóste miejsce. To była fajna ekipa. Ja grałem średnio 7-10 minut w lidze i nieco więcej w Pucharze Polski. Ja byłem zadowolony. Powiem wprost. To było dla mnie przetarcie. Nigdy nie byłem zawodnikiem na ekstraklasę. Mój poziom to była I liga. Trochę też przeszkadzały mi kontuzje, bo miałem problemy z barkiem.

W sezonie 2005/2006 trafił Pan do Stalowej Woli.

Nieźle wspominam pobyt w Stali, choć indywidualnie to był mój słaby sezon. Zespół wszedł do czwórki play off, ale do finału się nie przebił.

Postanowił więc Pan wrócić w rodzinne strony.

Tak. Skończyłem studia, miałem już papiery trenerskie i nauczycielskie. Zająłem się już pracą, a gra była na drugim planie. Występowałem jeszcze w II-ligowych Novum Bydgoszcz, Harmattanie Gniewkowo, Astorii, KK Świecie (III liga) i zakończyłem w SIDEnie Toruń w 2010 roku. Czułem się już wypalony jako zawodnik. A ponieważ otrzymałem propozycje objęcia drużyny beniaminka II ligi, Basketu Piła, postanowiłem z niej skorzystać i zawiesić buty na kołku. Potem byłem asystentem pierwszych trenerów w Stali Ostrów i w sezonie 2015/2016 w Enerdze Toruń. Dzięki temu odrodziłem się, bo trenerka była i jest do teraz dla mnie bardzo istotna.

Bardzo wielu zawodników zerwało z basketem. Pan w nim cały czas funkcjonuje.

Na początku nie wiedziałem, czy chcę to robić, czy to będzie to. Teraz wiem, że dobrze wybrałem, bo koszykówka cały czas jest moją olbrzymią pasją.

Co obecnie porabia Marcin Grocki?

Prowadzę grupy młodzieżowe dziewcząt. Klasy czwartą, piątą i szóstą w Baskecie 25 w Szkole Podstawowej nr 66 i drugą klasę gimnazjum w Zespole Szkół nr 15 Mistrzostwa Sportowego przy ul. Czerkaskiej.

TECZKA OSOBOWA

Marcin Grocki . Ur. 26.04. 1979 r. Pseudonim: „Melon”. Wzrost: 201 cm, pozycja: Skrzydłowy.

Wychowanek Astorii Bydgoszcz. W sezonie 1996/1997 zajął VI miejsce na na mistrzostwach Polski juniorów. Na tych MPJ grał m.in. z Filipem Dylewiczem. 1996/2001 - Astoria Bydgoszcz (II liga),2001/2002 - Resovia Rzeszów (I liga, pół sezonu) i Astoria Bydgoszcz, 2002/2003 - Astoria Bydgoszcz (II liga, awans do I), 2003/2004 - Polpak Świecie (przeszedł z Astorii po trzech pierwszych kolejkach w ekstraklasie), 2004/2005 - Astoria Bydgoszcz (PLK), 2005/2006 - Stal Stalowa Wola (I liga), 2006/2007 - Novum Bydgoszcz (II liga), 2007/2008 - Harmattan Gniewkowo (II liga), 2008/2009 - Astoria Bydgoszcz (II liga), 2008/2009 - KK Świecie (III liga), 2009/2010 - Siden Toruń (II liga), 2010/2011 - I trener Basket Piła (II liga), 2011 - 2013 - praca w WSG, 2013-2015 - II trener Stal Ostrów Wlkp., trener III-ligowych rezerw i juniorów starszych), 2015-2016 - II trener Energii Toruń (kobiety) i trener juniorów starszych Novum/Astorii Bydgoszcz. Obecnie prowadzi grupy młodzieżowe w Baskecie 25.